Wędkarskie opowieści

Moim wędkarskim Legendom. Ku pamięci!

Nadchodzi ten dzień, gdy wspominamy tych, którzy już od nas odeszli. Większość z nas, stanie tego dnia nad grobami bliskich, na twarzy zagości zaduma, a w głowie przeleje się wiele różnych wspomnień. Gdy palę znicze, w centralnym miejscu cmentarza, pod wielkim krzyżem, za tych nad grobem których, stanąć nie mogę, w pamięci mam tych całkiem bliskich, ale również tych, których nigdy nie spotkałem, a mieli duży wpływ na moje życie, pasje i postrzeganie świata. Wśród nich są również legendarni wędkarze, którzy odcisnęli na mojej pasji olbrzymią pieczęć.

Karol Zacharczyk

Każdy zdeklarowany pstrągarz zna Pana Karola Zacharczyka, który wiele lat pracował w Wiadomościach Wędkarskich. Przez te lata temat ryb w kropki opisał wzdłuż i wszerz, zdradził wiele miejscówek, opisał wiele przynęt, ale przede wszystkim swoim proekologicznym podejściem przyczynił się do dzisiejszej liczebności ryb szlachetnych w Polsce. Ujawniając wiele patologii środowiska polskiej gospodarki wodnej, czy też stanowczo wyrażając się na temat kłusownictwa, miał swoich sprzymierzeńców i przeciwników. Jednak i jedni i drudzy nie mogę odmówić mu olbrzymiej wiedzy wędkarskiej, znajomości ekologii czy też lekkiego pióra. Książka, którą popełnił z Janem Błachutą to biblia każdego pstrągarza. Jako młody chłopak, wertowałem ją z rozdziawioną buzią, szukając swojego klucza do tych pięknych ryb. Cenię to, że do samego końca pozostawał aktywny, choć tak na prawdę śmierć w Jego przypadku przyszła bardzo niespodziewanie. Lubiłem w Jego tekstach opisowe wstawki o klimacie, przyrodzie i przeżywaniu wędkarstwa. Nie o łowieniu, o przeżywaniu, czuł wędkarstwo jak mało kto i jeszcze potrafił przelać to na papier. Panie Karolu, pomimo tego, że już nie będę mógł Panu powiedzieć, jak dużo moje wędkarstwo Panu zawdzięcza, mam nadzieję, że gdzieś, kiedyś, nad brzegiem, którejś rzeki jeszcze się spotkamy.

Jerzy Biedrzycki

W czasach, gdy zaczynałem, raz w miesiącu szło się do kiosku po Wiadomości Wędkarskie i Wędkarza Polskiego. Przeczytanie tych dwóch pism starczało by przez kilka dni wykarmić wędkarski głód. Raz w tygodniu siadało się też przed telewizorem by obejrzeć Taaaką Rybę z Panem Jerzym Biedrzyckim w roli głównej. Ten program w latach dziewięćdziesiątych był czymś niezwykłym. Samochody nie były jeszcze tak powszechne jak dziś, na ryby jeździło się komunikacją miejską lub PKP, wyprawa do innego województwa były jak ekskluzywna wycieczka i co jakiś czas organizowały je koła wędkarskie. Tymczasem Pan Jerzy jeździł ze swoją ekipą po całym kraju, często z tygodnia na tydzień łowiąc w innym regionie kraju, a czasem i za granicą. Najbardziej czekałem na te odcinki, w których byli na Sanie, Dunajcu lub jakiejś innej górskiej rzece, w duecie z Panem Adamem Sikorą. Wraz z odejściem Pana Jerzego zamknięta została pewna epoka w polskim wędkarstwie. Dziś, w czasach Youtuba, jakąkolwiek treść wędkarską można mieć na wyciągnięcie ręki. W tamtych czasach Taaaka Ryba była jedynym, cykliczny materiałem filmowym popularyzującym wędkarstwo.

Wędkarskim szlakiem Dziadka

Rod Hutchinson

Popularność wędkarstwa karpiowego w Polsce postępowała, chęć zmierzenia się z dużym i tłustym miśkiem, jak nazywa się wielkie karpie, dotknęła także mnie. Miałem kilku swoich ulubionych autorów i wirtualnych nauczycieli w Polsce i za granicą. Jednym z nich był Pan Rod Hutchinson. Lubię wyszukiwać w internecie Jego stare zdjęcia, gdy nie było jeszcze pięknych rodpodów, symetrycznie ułożonych wędek, idealnie okrągłych kulek proteinowych czy kołysek. Miało to swój klimat, często o tym myślę, gdy sam porwany przez tę komercyjną karuzelę upycham do swojego kombi kolejny gadżet. Nie da się jednak ukryć, że sam Pan Hutchinson tchnął w karpiarstwo tego ducha nowoczesności i gadżeciarstwa. Zostawił po sobie dobrze znaną i prężnie działając firmę produkującą sprzęt wędkarski. Firma nosi nazwę od Jego imienia i nazwiska, także pamięć po nim jeszcze długo nie zaniknie. Mało kto wie, że tak popularne w karpiarstwie zapachy jak scopex i monster crab to spuścizna tego wielkiego karpiarza. Wiele nauczyłem się z Jego materiałów pisanych i filmowych. Najbardziej jednak zazdrościłem mu tego, że swojej pasji potrafił uczynić sposób na życie, że potrafił zarabiać na tym co kochał robić i pozostał przy tym niezwykle autentyczny.

Dziadek Marian

Z Dziadkiem Marianem nie zdążyłem połowić. Odszedł w kwietniu 1995 roku, a ja trzy miesiące później złowiłem swoją pierwszą rybę. Na szczęście zdążył swoją pasję przekazać mojemu Ojcu, który później przekazał ją mnie. Widocznie Jego wędkarstwo nie lubiło pustki i przyszło mi zastąpić na wędkarskich wyjazdach ten wielki, nie tylko wędkarki, autorytet. Miałem z Ojcem dużo czasu, by ten mógł mi opowiedzieć o wielu wędkarskich przygodach, które przeżył z moim Dziadkiem, a swoim Teściem. Dziadek kochał łowić na spławik, uwielbiał przepływankę. Lubił łowić na Skawie i Sole. Miał rękę do kleni. Dziś to całkiem inne rzeki, a klenie to całkiem inne ryby. Dziadek łowił je na wiśnie i to był najpopularniejszy kleniowy przysmak, dziś kleń to głównie ryba spinningowa. Na ryby często jeździli pociągiem, stacje na których wsiadali i wysiadali często są już zamknięte lub nie istnieją. Dworzec w Mysłowicach, z którego często wyjeżdżali, w opowieściach mojego Ojca to tętniące życiem targowisko i węzeł komunikacyjny, dziś to miejscowy pomnik wandalizmu i ruiny. Mam za sobą ten okres, gdy skuszony opowieściami odwiedzałem te łowiska, często podróżując tak samo jak Oni wtedy i o jednym jestem absolutnie przekonany: to byli absolutni pasjonaci, którzy nie kalkulowali. Jak inaczej nazwać dwóch wędkarzy, którzy z dworca PKP potrafili pokonać pieszo kilka kilometrów, z ciężkimi plecakami i pokrowcami, by weekend spędzić na łowisku? Na łowisku, na którym nie wiadomo co się dzieje, nikt do nikogo przecież nie dzwonił, nie pisał smsów i nie sprawdzał na facebooku, czy ryba bierze. Nie dzwonił, nie pisał i nie sprawdzał, bo nie miał czym. Żałuje tylko, że nie było też często czym zrobić zdjęć, bo miałbym tego jeszcze dokładniejsz obraz w głowie z fotograficznych pamiątek, których na pewno zrobili by sporo.

Dziś, co jakiś czas zajrzę na cmentarz i chwalę się swoimi wędkarskimi wzlotami i upadkami. Jestem absolutnym, wędkarskim świrem, Dziadek może więc spoczywać w spokoju, zdążył zaszczepić we mnie, przy udziale mojego Ojca, coś co jest już nieodwracalne.