SpiningWędkarskie opowieści

Złowiony przez szczupaka

Podzielę się z Wami przygodą, która przytrafiła mi się podczas łowienia szczupaków na jednej z wypraw na Jezioro Ree. Wyprawa, którą wspominam to jeden z moich pierwszych wyjazdów na jeziorowe szczupaki, na szczęście nad wodę jechałem z doświadczonym kolegą. To miał być dla mnie dzień wędkarskiej szkoły, ale oczywiście nadziei na złowienie kilku szczupaków mi nie brakowało.

Noc przed wyjazdem była dla mnie zupełnie bezsenna. Ekscytacja, ciekawość, niepewność sięgała zenitu. Gdy tylko zamykałem oczy, wyobrażałem sobie brania, emocjonujące hole i… pozującego siebie do zdjęć, z wielkimi szczupakami. Dla normalnego człowieka może to być niedorzeczne, myślę jednak że większość z nas, wędkarzy miewała takie noce. Do trzeciej rano czas zleciał jednak dość szybko, o tej godzinie wyruszyliśmy w drogę by w okolicach świtu siedzieć już w pontonie i podziwiać urok budzącego się dnia.

No to zaczynamy!

Czas start! Rozpoczynamy od jerkowania, ustawiamy się z dala od pasa trzcin, wiatr wieje lekko w kierunku brzegu. Jest idealnie, dostałem szybką lekcję obsługi jerka i macham. Daleki rzut. Liczę do trzech i podciągam. Raz, dwa, chwila przerwy, raz, dwa, trzy, chwila przerwy i tak nieregularnie ściągam przynętę, pamiętając przy tym o napiętej plecionce i przerwie na opad pomiędzy podciąganiem. To właśnie podczas opadu i lusterkowania przynęty brania następują najczęściej. Należy uważać przy tym by nie podciągać przynęty na luźnej plecionce, ponieważ istnieje duże prawdopodobieństwo że podczas odjazdów woblera na boki kotwice będą się zaczepiać o dryfującą plecionkę.

Pierwsze napłynięcia nie są zbyt szczęśliwe, ale brak kontaktu z rybami nas nie zraża. Kolejnym razem ustawiamy się bardziej po zewnętrznej stronie zatoki i wracamy do biczowania wody. Salmo Slider ląduje na mojej agrafce. Maciek, mój towarzysz, zakłada woblera swojej produkcji zwany killerkiem. Robota idzie dalej, na zewnątrz zatoki jest zdecydowanie więcej ryb. Pierwsze szczupaki trafiają w nasze ręce, w tym piękna 90siątka.

Jerk „killerek”, wersja Pink Nemo w akcji. Nie od dziś wiadomo że „mamuśki” lubią róż 😉

Jest i moje personal best

Był to największy szczupak jakiego wtedy widziałem na żywo. Ryba wraca do wody, a ja postanowiłem zmienić moją przynętę na wobler Hybrida model J2. Mijają kolejne chwile i przyszedł czas na mnie. Mam! Szybki hol i lądujemy moje 94cm szczęścia! Cały się trzęsę, w końcu jest to po co przyjechałem! Dostałem szybki instruktarz jak trzymać i ustawić rybę do zdjęcia, by było ono piękną pamiątką. Naoglądałem się zdjęć ryb z pięknymi przynętami wystającymi z pyska, to i ja takie chciałem 😉 I w tym właśnie momencie wyszedł mój brak doświadczenia i pewności siebie. Trzymając rybę do zdjęcia, ona jakby, wyczuwając mój lęk i niepewność chwytu, zaczęła się wyrywać.

Houston mamy problem

Mija sekunda, może dwie i orientuje się że druga kotwica jest wbita w zewnętrzną części mojej dłoni. W tym momencie sytuacja stała się poważna. Szybko umieściłem rybę na podłodze pontonu, drugą ręką zasłoniłem jej oczy (podobno to uspokaja ryby), każde mocne szarpnięcie groziło wyrwaniem kotwicy z mojej dłoni. Szczęście w nieszczęściu, że na rybach byłem z doświadczonym wędkarzem, który niejedno już przeszedł i wie że na takich wyprawach niezbędne są porządne kleszcze do cięcia drutu. Tych kilka minut trwało wiecznie. Najpierw odcięliśmy kółko łącznikowe łączące wobler z kotwicą, która byłą w pysku ryby, po tej czynności wyjęta został kotwica z pyska szczupaka i ryby była już wolna. Zostałem ja. Zaczęliśmy zastanawiać się co zrobić z moją ręką.

Dopchnęliśmy kotwice by grot przeszedł przez skórę na zewnątrz i odcięliśmy końcówkę, dzięki temu pozbyliśmy się zadziora, który blokował hak w ręce. Operacja szybko i sprawnie się udała, dłoń została „odhaczona”, a rana polana wodą utlenioną. Kolega zapytał czy kończymy, spływamy i jedziemy do szpitala sprawdzić co z ręką. Bez wahania odpowiedziałem że ręka jest sprawna i łowimy dalej.

Najpierw uwolniliśmy rybę, potem kilka zdjęć i zajęliśmy się moją ręką.

Uczmy się na cudzych błędach

Jak widać na moim przykładzie, warto mieć przy sobie porządne kleszcze do cięcia drutu, podczas wyprawy na drapieżniki. Dodatkowo polecam szczególną ostrożność podczas wyhaczania ryb i fotografowanie się z nimi, gdy są już wypięte. U mnie, na szczęście skończyło się na strachu i małej ranie. Boję się jednak pomyśleć co by się stało, gdyby ryba zaczęła się szarpać, kiedy jerk tkwił jeszcze w mojej dłoni. Kleszcze do cięcia drutu bywają też, nierzadko pomocne podczas odhaczania ryb. Szczupaki lubią połykać duże przynęty w całości, kotwice klinują się w pysku ryby, a wtedy używając kleszczy i obcinając kotwice, oszczędzimy sobie nerwów, a rybie zdrowia.

Wracając do wyprawy, dołowiliśmy jeszcze kilka mniejszych ryb. Jak na debiut, na łodzi byłem zadowolony, w końcu złowiłem swojego największego szczupaka, przy którym miarka zatrzymała się na 94 centymetrze. Wyprawa pokazała nam też, że w trudnych chwilach potrafiliśmy dobrze współpracować, co rokowało na przyszłe, wspólne wyprawy. Takie sytuacje cementują relacje. Po powrocie pierwszą rzeczą jaką kupiłem, były kleszcze wędkarskie do cięcia drutu Greys Provla. Mam jednak nadzieję, że nigdy nie będę miał potrzeby ich użyć, by wypiąć samego siebie lub kompana.

Tego dnia szczupaki złowiły mnie dwa razy – dosłownie i w przenośni. Połknąłem bakcyla i zapragnąłem złowić swoją pierwszą metrówkę. Ręka szybko się zagoiła, za to pokusa na kolejne wyjazdy była wielka jak nigdy dotąd.

One comment

  1. Miałeś fart, mnie kiedyś Kolega powiesił muchę nad uchem.
    Byłem mniej twardy niż Ty, mimo, że ja nie byłem „połączony” z rybą 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *